Emil Barchański – zbrodnia nie ukarana

Nazywam się Emil Barchański. 6 czerwca 1982 skończę siedemnaście lat. 13 grudnia 1981 dla milionów Polaków był potężnym ciosem w tył głowy. Jedni, upadłszy, zostali pojmani, inni jedynie się skulili, przykucnęli i teraz próbują nadal, choć w kuckach, poruszać się do przodu. […] Ja należę do tych, którzy próbują stawiać kroki do przodu nawet w trudnej pozycji […].

Historia Emila jest jedną z wielu krwawych historii stanu wojennego, która nigdy nie doczeka się pełnego wyjaśnienia, a winni zbrodni pozostaną bezkarni.

Emil Barchański urodził się 6 czerwca 1965 r. Był uczniem XI Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Reja w Warszawie. Jednym z wielu młodych ludzi, którym przyszło wkraczać w dorosłość w burzliwym okresie początku lat osiemdziesiątych.

Kryzys władzy, zwycięstwo sierpnia 1980 r. i reformatorski ruch społeczny, jakim się stał NSZZ „Solidarność” miały ogromny wpływ na postawy ówczesnej młodzieży, która chciała tak jak dorośli aktywnie uczestniczyć w przemianach szarej rzeczywistości PRL-u. W całej Polsce zaczęły wtedy spontanicznie powstawać „uczniowskie komitety odnowy społecznej”. I choć nosiły różne nazwy, realizowały podobne cele. Zajmowały się propagowaniem patriotyzmu, podstawowych wartości ogólnoludzkich i praw obywatelskich, działały na rzecz likwidacji monopolu PZPR w wychowaniu dzieci i młodzieży i usunięcia ideologii marksizmu-leninizmu z programów nauczania.

Pod koniec roku szkolnego 1980/1981 pojawiła się inicjatywa zjednoczenia wszystkich organizacji uczniowskich w jedną ogólnopolską federację. Dzięki pomocy „Solidarności” i Niezależnego Zrzeszenia Studentów udało się zorganizować we wrześniu 1981 r. w Gdańsku Ogólnopolskie Spotkanie Przedstawicieli Środowisk Uczniowskich. Utworzono wówczas Federację Młodzieży Szkolnej, która rozpoczęła starania o rejestrację w sądzie. Jej przewodniczącym został Grzegorz Bierecki z Gdańska, a jego zastępcą Tomasz Sokolewicz z Warszawy.

FMS miała pełnić rolę związku zawodowego uczniów, reprezentując ich wobec władz i choć nie doczekała się legalizacji, prowadziła jawną działalność w szkołach. Dzięki jej działaczom i sympatykom udało się, po raz pierwszy od dziesięcioleci, przeprowadzić w wielu polskich szkołach średnich demokratyczne wybory do samorządów szkolnych. Właśnie w trakcie kampanii wyborczej do samorządu Barchański zetknął się ze wspomnianym już Sokolewiczem, także uczniem LO im. Reytana.

W samorządzie szkolnym Emil pełnił funkcję przewodniczącego sekcji artystycznej. Był też twórcą kabaretu szkolnego „Wywrotowiec” i wraz z kolegami Leszkiem Czajkowskim i Leszkiem Talką redagował pismo polityczno-satyryczne „Kabel”, którego pierwszy numer udało się chłopcom wydać jeszcze przed grudniem 1981 r.

Wprowadzenie stanu wojennego spowodowało, że Emil, tak jak duża część polskiego społeczeństwa, postanowił zejść do podziemia. Zresztą pierwsze próby działań konspiracyjnych podjął jeszcze przed 13 grudnia uczestnicząc w kolportażu nielegalnych ulotek.

Stan wojenny spowodował zerwanie kontaktów. Emil postanowił więc stworzyć własną organizację, której celem było przeciwstawienie się brutalnej sile władzy. 17 grudnia – dzień po rozstrzelaniu kopalni „Wujek”, wprowadził do swego planu kolegę szkolnego Stefana Antosiewicza. Wkrótce do ich grona dołączył, przyjaciel Emila ze szkoły podstawowej, Artur Nieszczerzewicz, który do konspiracji wciągnął swojego kolegę – Marcina Marciniaka. Swoją grupę nazwali Konfederacja Młodzieży Polskiej „Piłsudczycy” i wymyślili dla siebie pseudonimy: Emil -„Janek”, Antosiewicz – „Józef”, Nieszczerzewicz – „Prut”, Marciniak – „Lis”.

Dalszy werbunek do organizacji odbywał się za pośrednictwem wkładanych do skrzynek pocztowych listów zawierających propozycję akcesu do grupy. „Piłsudczycy” składali przysięgę i wzorem Armii Krajowej działali na zasadzie piątkowej. To znaczy, że organizacja składała się z pięcioosobowych grup, które porozumiewały się za pomocą skrytek kontaktowych. Informacje przekazywali sobie za pomocą karteczek przyklejanych do spodu ławek w katedrze św. Jana Chrzciciela oraz kościołach św. Anny i św. Krzyża. Trudno dziś określić precyzyjnie ilu ich było; mogło to być od kilku, do kilkunastu osób. Wśród nich znajdowali się też dawni działacze Federacji Młodzieży Szkolnej, m.in. Tomasz Sokolewicz.

Być może to Sokolewicz stał za powołaniem Konfederacji „Piłsudczyków” albowiem według materiałów zgromadzonych w aktach operacyjnych Służby Bezpieczeństwa wynika, że to on wciągnął do organizacji Barchańskiego i przyjął od niego przysięgę. Zobowiązał go też do stworzenia własnej piątki, która miała podlegać przywództwu Sokolewicza w ramach większej, bliżej nie określonej, konspiracyjnej organizacji antykomunistycznej.

Piłsudczycy” kolportowali prasę podziemną i przeprowadzili udaną akcję ulotkową, która odbyła się 21 stycznia 1982 r. na terenie Domów Towarowych Centrum. Rozrzucili wówczas ok. 200 druków „Wolnego Związkowca”. Ale ich głównym celem była akcja bezpośrednia – planowali m.in. podpalenie gmachu Komitetu Centralnego PZPR.

6 lutego zapadła decyzja o przeprowadzeniu brawurowej akcji, której celem był pomnik, znienawidzonego przez Polaków, twórcy bolszewickiej Czeki i patrona SB – Feliksa Dzierżyńskiego. Pomnik stał pośrodku obecnego pl. Bankowego (wówczas Dzierżyńskiego), w ruchliwym miejscu, przy ulicy, na wysokim cokole. Obok znajdował się ratusz, a trochę dalej – pałac Mostowskich, w którym mieściła się siedziba stołecznej milicji i Służby Bezpieczeństwa. Mniej więcej co dwie minuty rejon pomnika patrolowali funkcjonariusze MO.

Akcja „Cokół” została przeprowadzona 10 lutego 1982 r. Wzięli w niej udział: Barchański „Janek”, który ze względu na astmę miał pełnić rolę zabezpieczenia i obserwatora, Marciniak „Lis”, Nieszczerzewicz „Prut”, Marcin Witkowski „Opty”, „Kowal” – być może był to Wojciech Kowalski, który jednak twierdzi, że miał wiedzę o przygotowanym zamachu na pomnik ale nie wziął w nim udziału, oraz inny nie ustalony młody mężczyzna.

Zamachowcy spotkali się o godz. 16:15 pod sklepem „Jubilera” na pl. Dzierzyńskiego i rozdzielili miedzy siebie butelki z benzyną i słoiki z białą i czerwoną farbą drukarską. Atak był planowany na godzinę 16:30 ale ze względu na słoneczną pogodę został przesunięty o godzinę. Chodziło m.in. o efekt wizualny płonącego pomnika.

O 17:30 dowodzący akcją „Prut” nałożył biało-czerwoną opaskę i założył maskę na twarz, co było sygnałem do rozpoczęcia ataku. Równocześnie „Lis” rzucił dwa słoiki z farbą, które rozbiły się na podstawie pomnika i zgodnie z planem ruszył do ucieczki. W chwilę potem kolejni zamachowcy obrzucili pomnik butelkami z benzyną. Dzierżyński zapłonął, a chłopcy się rozbiegli. Niestety, nie wszystkim udało się uciec. Ścigający Marciniaka radiowóz przygniótł go do muru i „Lis” wpadł w ręce milicji.

Podczas brutalnego przesłuchania w Pałacu Mostowskich Marciniak przyznał się, że należy do tajnej organizacji i że został do niej zwerbowany przez człowieka o pseudonimie „Janusz”. Przyznał się też do podpalenia pomnika.

Dzień później podał śledczym pseudonimy pozostałych uczestników akcji i wyjawił zmyśloną nazwę organizacji: Ruch Oporu Podziemia Solidarności. Nie wyjawił żadnych nazwisk tłumacząc to ścisłym przestrzeganiem zasad konspiracji i posługiwaniem się tylko pseudonimami.

Podpalenie pomnika Dzierżyńskiego było dotkliwym policzkiem wymierzonym w Służbę Bezpieczeństwa. Ze względu na prestiżowy charakter sprawy do śledztwa skierowano pracowników aż trzech wydziałów Komendy Stołecznej MO: Śledczego, Dochodzeniowo-Śledczego i III-1, odpowiadającego za walkę z opozycją polityczną. Resort współpracował także z XVIII Komisariatem MO oraz Wydziałem Kryminalnym Komendy Dzielnicy Warszawa-Śródmieście i Komendy Stołecznej.

Równolegle z wszczętym postępowaniem przygotowawczym Wydzial III- 1 Służby Bezpieczeństwa KSMO wszczął Sprawę Operacyjnego Rozpracowania o kryptonimie ,,Fenix”, której celem było wykrycie pozostałych sprawców podpalenia pomnika. Głównymi podejrzanymi byli Marek Marciniak i Tomasz Sokolewicz, któremu przypisywano przywództwo organizacji, która tego dokonała.

Sprawa podpalenia pomnika nabrała jeszcze większej wagi 18 lutego w związku z nieudaną próbą rozbrojenia funkcjonariusza MO przez członków innej konspiracyjnej organizacji młodzieżowej. W jej wyniku został postrzelony sierż. MO Zdzisław Karos, który wkrótce potem zmarł w szpitalu. SB połączyła to wydarzenie z atakiem na pomnik Dzierżyńskiego i od tej pory jej celem priorytetowym było wykrycie sprawców obu zamachów. W tym celu zostało zaangażowanych wielu funkcjonariuszy KSMO, których dokooptowano do powołanego przez Komendanta Stołecznego MO, zespołu operacyjno-śledczego o kryptonimie ,,Bezwzgledni”. Jego kierownikiem został mjr Krzysztof Jabłoński – zastępca Naczelnika Wydziału Kryminalnego KSMO.

W związku z wpadką Marciniaka „Piłsudczycy” bardzo ograniczyli swoją działalność. Barchański jednak z niej nie zrezygnował. Dzięki znajomości z Szymonem Pochwalskim, któremu pochwalił się udziałem w „zamachu na Dzierżyńskiego”, zaangażował się w druk nielegalnych wydawnictw. 1 marca udał się wraz z nim do lokalu tajnej drukarni, który znajdował się na 13 piętrze budynku przy ul. Targowej 26/30. Tam mieli w ciągu kilku dni wydrukować dla Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA broszurę Adama Michnika Będę krzyczał.

Zlecenie na druk Pochwalski dostał od znajomego swojej matki, Jana Kozłowskiego (późniejsze nazwiska; Kloc, Pawlisz). Ze względu na to, iż chłopcy jeszcze nie potrafili obsługiwać powielacza, wstępnych lekcji z obsługi sprzętu udzielił im drukarz NOWej – Stefan Andrzej Omasta (używający w środowisku drugiego imienia), który przez kolejne dwa dni przychodził ocenić postępy ich pracy. W trakcie jednej z wizyt Emil wygadał mu się, że brał udział w akcji podpalenia pomnika. Jak się później okazało Omasta współpracował z Wydziałem III -2 KSMO i nosił pseudonim „Grażyna”. Najprawdopodobniej to on przekazał te informacje SB. Świadczyć o tym może fakt, iż zakazał chłopcom opuszczania lokalu do czasu, aż nie skończą pracy oraz, że będąc w lokalu 3 marca opuścił go tuż przed pojawieniem się w nim funkcjonariuszy, którzy ujęli drukarzy na gorącym uczynku. Poza tym w aktach operacyjnych o kryptonimie „Feniks” istnieje wzmianka, iż 12 marca TW „Grażyna” uściślił wcześniej podane informacje dotyczące organizacji młodzieżowej związanej z zamachem na pomnik Dzierżyńskiego. Z treści meldunków wyraźnie wynika, iż TW „Grażyna” powoływał się na rozmowę z Barchańskim.

Zatrzymanie chłopców było bardzo brutalne. Emil próbował uciec przeskakując z balkonu na balkon ale został złapany. Pobity przy aresztowaniu Barchański został przewieziony do KSMO, która mieściła się w Pałacu Mostowskich. Tam funkcjonariusze wydziałów Kryminalnego i Dochodzeniowo Śledczego przystąpili do „wykonywania z jego udziałem czynności zmierzających do weryfikacji przyjętych wcześniej wersji śledczych”.

Bili, jak popadło – wspominał Emil – każdy z nich chciał uderzyć, kopali, bili po twarzy, w żołądek. Ciągłe obelgi, obrażali wszystko, co mogło być dla mnie ważne. […] nagle któryś wpadł w szał i bił, aż upadnę. […] Za to, że mam szesnaście lat, za to, że jestem >>chudy jak szkapa oświęcimska<<, że uciekałem i wreszcie za to, że jestem za grzeczny […].Bili też za to, że robię bałagan w pokoju, w którym oni pracują, że ściągam dywan… Bili, bo chcieli”.

Z notatki sporządzonej 3 marca 1982 r. przez funkcjonariusza Wydziału Kryminalnego Janusza Lernaciaka, który brał udział w brutalnym przesłuchaniu, jakim poddano Barchańskiego, wynika że Emil podał wówczas okoliczności poznania Sokolewicza i współdziałania z nim na terenie szkoły oraz okoliczności organizowania i przebiegu akcji podpalenia pomnika. Jednakże większość informacji dotyczących struktury organizacji przekazał drugi z zatrzymanych, czyli Szymon Pochwalski.

Dzięki uzyskanym wówczas informacjom i w wyniku prowadzonych już wcześniej czynności śledczych względem Tomasza Sokolewicza, został on jeszcze tego samego dnia zatrzymany i przewieziony do KSMO. W trakcie przesłuchania przyznał się on do kolportażu nielegalnych wydawnictw oraz zorganizowania nielegalnej organizacji i pełnienia w niej roli przywódczej, a także przekazania Emilowi Barchańskiemu farby olejnej. Zaprzeczył jednak, że miał jakikolwiek związek z podpaleniem pomnika.

4 marca zatrzymano Roberta Chechłacza i Tomasza Łupanowa – sprawców śmiertelnego postrzelenia sierż. Karosa oraz osób, które z nimi współdziałały, m.in. ks. Sylwestra Zycha.

Sprawy zabójstwa sierż. Karosa i podpalenia pomnika Dzierżyńskiego były przedmiotem posiedzeń kierownictwa MSW w dniach 1 i 5 marca 1982 r. W informacjach przekazanych kierownictwu MSW przez z-cę Komendanta Stołecznego MO wskazywano, iż sprawcy śmierci sierż. Karosa z tzw. grupy grodziskiej byli powiązani z grupą warszawską, która dokonała zamachu na pomnik Dzierżyńskiego. Obie grupy działały w systemie piątkowym. Kolejne piątki miały być zorganizowane w Błoniu i Ożarowie k. Warszawy. Na posiedzeniu gen. Władysław Pożoga – szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu MSW, przekazał prowadzącym sprawę gratulacje od gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka. Wskazał też na wyjątkowy i rozwojowy charakter sprawy. Stwierdził też, że konieczne jest powołanie w KSMO specjalnej grupy operacyjno-śledczej, której celem będzie wykrycie wspomnianej organizacji terrorystycznej. Grupa ta, o kryptonimie „Terroryści”, została powołana 8 marca i wszelkie informacje o postępach śledztwa miała przekazywać bezpośrednio do gen. Kiszczaka i Jaruzelskiego.

Powodem połączenia obu spraw było przyjęcie hipotezy, że sprawcy podpalenia pomnika, za których uważano wówczas Marka Marciniaka, Emila Barchańskiego i Tomasza Sokolewicza, mogli współpracować z grupą, która dokonała tragicznej w skutkach próby rozbrojenia sierż. Karosa. Wskazywała na to struktura organizacyjna obu grup.

Jeszcze przed powołaniem grupy o kryptonimie „Terroryści”, z-ca Naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSMO skierował do Prokuratury Wojskowej wniosek o: wszczęcie postępowania w trybie doraźnym oraz przedstawienie zarzutów i zastosowanie tymczasowego aresztu wobec Tomasza Sokolewicza, Szymona Pochwalskiego i Emila Barchańskiego. Prokurator Prokuratury Garnizonowej Warszawskiego Okręgu Wojskowego uwzględnił wniosek tylko względem Sokolewicza. Sprawa Emila, jako nieletniego, została skierowana do Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy Wydział Rodziny i Nieletnich z wnioskiem o wszczęcie postępowania i umieszczenie go w Izbie Dziecka. Wcześniej, mimo iż Barchański był szesnastolatkiem, przetrzymywano go w areszcie KSMO.

Natomiast wobec Szymona Pochwalskiego, któremu przedstawiono zarzut sporządzania nielegalnych wydawnictw w celu ich dalszego rozpowszechniania, postępowanie przygotowawcze, z nie wyjaśnionych przyczyn, nie było kontynuowane i został on zwolniony z aresztu. Co więcej, mimo iż był już pełnoletni, został zwolniony z aresztu po 48 godzinach od zatrzymania i nie miał potem żadnej sprawy karnej. Był jedynie wzywany na przesłuchania. Wyglądało to tak, jakby SB nie interesowała sprawa nielegalnego druku lecz tylko i wyłącznie podpalenia pomnika Dzierżyńskiego. Te hipotezę potwierdza też sposób postępowania z dowodami rzeczowymi ujawnionymi w mieszkaniu gdzie działała podziemna drukarnia. Dowody te zostały wprawdzie zabezpieczone w KSMO w celu ich wykorzystania w sprawie jednak po zakończeniu sprawy Emila został skierowany do sądu wniosek o ich przepadek, co też zostało orzeczone.

Być może zadecydowały tu względy operacyjne i konieczność ochrony zaangażowanych w tej sprawie tajnych współpracowników, którymi byli organizatorzy drukarni – wspomniany już Stefan Andrzej Omasta i Witold Goszczyński TW „Krzysztof Szwed”.

Niejasne jest także uprzywilejowane traktowanie Pochwalskiego. Nie dość, że nie stanął przed sądem, to na dodatek w lipcu 1982 r. uzyskał paszport i zgodę SB na wyjazd do Francji. Z całą pewnością w załatwieniu paszportu uczestniczyła jego matka – Krystyna Pochwalska, która od 2 maja 1980 r. do 20 lutego 1981 r. była zarejestrowana jako kandydatka na tajnego współpracownika przez Wydział III/A SUSW, a w okresie od 11 kwietnia 1984 r. do 30 lutego 1989 r. jako zabezpieczenie (pod tym określeniem kryją się wszystkie możliwe działania służb) przez Wydział XI Departamentu I MSW zajmującego się rozpracowaniem emigracji. Zresztą ten sam Departament we wrześniu 1983 r. objął zabezpieczeniem także Szymona Pochwalskiego.

Barchański na rozprawę czekał w Izbie Dziecka pry ul. Wiśniowej, a następnie w Schronisku dla Nieletnich na Okęciu. 5 marca, po raz pierwszy w obecności rodziców, złożył zeznania przed sędzią sądu rodzinnego. Przyznał się wówczas do zarzucanych mu czynów, tj. do przynależności do nielegalnej organizacji, druku nielegalnych wydawnictw oraz podpalenia pomnika Dzierżyńskiego. W zeznaniach obciążył Sokolewicza przypisując mu kierowniczą rolę w organizacji oraz że to on przekazał mu polecenie kolportażu i przeprowadzenia akcji „Cokół”. Podczas tego przesłuchania nic nie wspomniał o tym, że był bity przez funkcjonariuszy. Zrobił to 17 marca, podczas rozprawy.

Jeszcze przed rozprawą, między 6 a 16 marca przychodzili do niego na zmianę funkcjonariusze SB ppor. Jerzy Czempielicki i por. Jan Pol, by nadal go przesłuchiwać. Odwiedził go nawet ksiądz. Emil podejrzewał, że był podstawiony przez resort bezpieczeństwa, który za jego pośrednictwem chciał uzyskać nowe informacje.

Sąd uznał Emila winnym wszystkich zarzucanych mu czynów i skazał go na 2 lata więzienia w zawieszeniu oraz poddał go dozorowi kuratorskiemu do czasu osiągnięcia pełnoletniości.

Po opuszczeniu Schroniska dla Nieletnich był raz jeszcze przesłuchiwany w Pałacu Mostowskich, gdzie go zastraszano i grożono śmiercią w przypadku podtrzymywania wersji o wymuszonych torturami zeznaniach. „Esbecja nie odpuszczała – wspominała Krystyna Barchańska – Wardęcka, matka Emila. Co parę dni Emil musiał chodzić na przesłuchania do Pałacu Mostowskich. Wezwania przychodziły pocztą albo przynosił je osobiście domu […] jeden z tych esbeków. Na tych przesłuchaniach cały czas straszyli syna. […] I tam, w tych rozmowach w cztery oczy, znowu kilka razy usłyszał, że jak będzie się stawiał to <<rodzina znajdzie go w Wiśle>>”.Jednak pomimo wyroku w zawieszeniu i szykan nadal starał się aktywnie uczestniczyć w działaniach antykomunistycznych. Brał udział w manifestacjach ulicznych 1,3,9 i 13 maja. Wstąpił też do Konfederacji Polski Niepodległej.

Ze względu na to, iż Marciniak i Sokolewicz mieli już ukończone 18 lat postępowanie wobec nich było prowadzone przez Wojskową Prokuraturę Garnizonową. 14 kwietnia 1982 r. została przeprowadzona konfrontacja Sokolewicza i Barchańskiego, w której Sokolewicz konsekwentnie zaprzeczał, że miał związek z akcją podpalenia pomnika Dzierżyńskiego i planowanym atakiem na pomnik Marcelego Nowotki. Barchański zaś częściowo wycofał się ze swoich wcześniejszych zeznań, nadając im inny kontekst sytuacyjny będący korzystny dla Sokolewicza i dający mu możliwość podjęcia obrony.

17 maja Emil stawił się jako świadek w sądzie na rozprawie przeciwko Mariuszowi Marciniakowi i Tomaszowi Sokolewiczowi. „Do końca życia będę miała ten dzień w pamięci – wspominała matka. […] Panował upał. Na ulicach było dużo milicji, z powodu niedawnych demonstracji. […] Emil tego dnia miał […] podobiznę Matki Bożej w klapie, a na palcu pierścionek zrobiony z oporników. Błagałam go, by to zdjął i nie prowokował milicji, bo może nie dotrzeć do sądu. Bałam się, ale syn był uparty. […] Sprawa toczyła się przy drzwiach otwartych. Przyszło mnóstwo ludzi z opozycji, działacze Komitetu Prymasowskiego, dziennikarze, przyjaciele, uczniowie z Reja, nauczyciele, znajomi…

[…] Przyszedł moment, kiedy na świadka wezwano Emila. Na wstępie oświadczył, że jego zeznania podpisane w śledztwie są nieprawdziwe, że wymuszono je szantażem i biciem. […] Podkreślił, że Tomek Sokolewicz jest niewinny.

[…] Emil opowiedział, jak go bito w śledztwie. Był opanowany. Oskarżał system. Na Sali zrobił się szum. Prokurator, młoda blondynka, zerwała się z miejsca i zaczęła krzyczeć, że za fałszywe zeznania grozi mu pięć lat więzienia. Emil odpowiedział: >>Trudno, ja tego protokołu nie pisałem. Zostałem tylko zmuszony do podpisania przygotowanych zeznań. Podpisałem, żeby ci panowie przestali mnie bić<<”.

W wyniku odwołania przez Emila zeznań sąd wyznaczył kolejny termin rozprawy, która miała się odbyć 17 czerwca. Podczas tej rozprawy Emil miał zidentyfikować funkcjonariuszy, którzy torturami zmusili go do zeznań. Niestety na rozprawie tej się nie stawił, gdyż 3 czerwca został zamordowany. Jego ciało dwa dni później wyłowiono z Wisły.

Z powodu braku kluczowego świadka sprawia Tomasza Sokolewicza została wkrótce umorzona. Marciniak zaś został skazany na osiem miesięcy pozbawienia wolności.

Okoliczności śmierci Emila pozostają wciąż nie wyjaśnione. Jedyną osobą, która wie co się wydarzyło jest Hubert Iwanowski, z którym Emil spędził ostatnie godziny życia. Iwanowski był studentem, który wraz z żoną i malutkim dzieckiem zamieszkał w marcu 1982 r. w tym samym bloku co Emil. Poznali się podczas spaceru z psami. Starszy o pięć lat student bardzo imponował siedemnastolatkowi i spędzał z nim dużo czasu. Tego feralnego dnia udali się razem nad Wisłę. Emil wziął ze sobą psa i podręcznik, by pouczyć się na łonie natury. Ze spaceru tego nie powrócił ani on, ani pies…

W trakcie śledztwa Iwanowski wciąż zmieniał zeznania. Najpierw twierdził, że Emil został gdzieś po drugiej stronie Wisły i że dostrzegł tam również jakiś samochód i dwóch ludzi. Barchański miał iść w ich stronę, w samych szortach i sandałach. W kolejnych dniach student już więcej nie wspomniał o tajemniczym samochodzie i dwóch osobach. Zaczął za to przekonywać, że chłopiec wpadł do wody, goniąc aportującego psa. Wtedy jakoby Hubert widział go po raz ostatni. Potem przypomniał sobie, że późnym popołudniem Emil oświadczył, iż obawia się, że może nie zdążyć wrócić do domu przed godziną milicyjną i spróbuje piaszczystymi łachami dostać się na drugi brzeg Wisły. Niedługo student zmienił i tę wersję, sugerując, że Emil wszedł na łachy, pragnąc ratować topiącego się psa. Iwanowski raz mówił, że towarzyszył koledze, innym razem twierdził, że siedział na brzegu, zatopiony w lekturze.

Te zeznania budzą wiele wątpliwości, gdyż Barchański z powodu zaawansowanej astmy unikał wchodzenia do wody, której się po prostu bał. Wydaje się więc wręcz nieprawdopodobne aby zdecydował się na przeprawę przez Wisłę wpław. Okoliczności zaś jego śmierci sugerują, iż nie był to nieszczęśliwy wypadek.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż za śmiercią Emila stali funkcjonariusze SB, którzy w ten sposób chcieli uciszyć niewygodnego świadka i nie dopuścić do ujawnienia ich tożsamości podczas rozprawy, która miała się odbyć 17 czerwca. Być może chcieli go tylko nastraszyć, ale coś poszło nie tak…

Aresztowanie Tomasza Sokolewicza i powiązanie go ze sprawą akcji „Cokół” zaniepokoiło jego ojca, profesora Wydziału Prawa UW, Wojciecha Sokolewicza. Kilkukrotnie spotkał się w tej sprawie ze swoim oficerem prowadzącym Aleksandrem Makowskim – funkcjonariuszem Departamentu I MSW, występującym pod nazwiskiem Stępiński. Prof. Sokolewicz od 1948 r. był współpracownikiem organów bezpieczeństwa o pseudonimie „Wacław”. Rozmowa ta dotyczyła ewentualnych konsekwencji jakie dla pozycji zawodowej prof. Sokolewicza miałoby skazanie i osadzenie w więzieniu jego syna oraz dalszych możliwości operacyjnego wykorzystania go przez MSW. Z zachowanych dokumentów wynika, iż zajmował się on lokowaniem etatowych funkcjonariuszy SB jako pracowników w tzw. „instytucjach przykrycia”, którymi były urzędy państwowe i instytucje naukowe. W notatce sporządzonej 13 marca 1982 r . Makowski napisał „Pod koniec spotkania postawiłem „W” pytanie czy w jego odczuciu ewentualne skazanie Tomasza […] miałyby jakiś wpływ na pozycję zawodową „W”. „Wacław” uważa, iż jeżeli chodzi o miejsce pracy czy organizację partyjną to raczej nie – jego przypadek nie jest odosobniony. Natomiast co do spraw związanych ze swobodą poruszania się za granicą, to oczekuje odpowiedzi od nas.

Oczywiście w całej sprawie chodzi o pokazanie „W” naszej życzliwości i chęci ewentualnej pomocy – w miarę możliwości” (podkr. M. Ł.).To ostatnie zdanie sugeruje, że bliscy profesora zostali objęci przez MSW parasolem ochronnym. I to tłumaczyłoby dlaczego mimo ustaleń śledztwa i przekonania Naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSMO o tym, iż Tomasz Sokolewicz był przywódcą konspiracyjnej organizacji, 10 maja została rozwiązana grupa operacyjno-śledcza o kryptonimie „Terroryści”. Jej zadaniem było śledztwo w połączonej sprawie podpalenia pomnika i śmierci sierż. Karosa. Tymczasem uległa likwidacji jeszcze przed formalnym zakończeniem postępowania w sprawie Karosa, które nastąpiło 30 lipca 1982 r. W meldunku o zakończeniu postępowania nie wspomniano o powodach odstąpienia od dalszych czynności w odniesieniu do tzw. grupy warszawskiej, którą utożsamiano ze sprawcami akcji „Cokół”. I choć faktycznie chłopcy z grupy Barchańskiego nie mieli ze sprawą Karosa nic wspólnego, to przecież prowadzący dochodzenie nie mieli jeszcze tym pojęcia.

W historii śmierci Emila kluczową rolę pełni człowiek, który ostatni widział go żywego czyli Hubert Iwanowski. W toku śledztwa przeprowadzonego przez IPN ujawniono, iż został on zarejestrowany przez mjr Z. Jachniaka z Oddziału IV Zarządu II Sztabu Generalnego WP jako kandydat do rozpracowania w celu wykorzystania go w pracy wywiadowczej na terenie Belgii. Wprawdzie prowadzenie zeszytu zakończono w dniu 3 grudnia 1979 r. ale akta nie zostały zarchiwizowane i były w okresie od 1978 do 1995 r. w referacie kilku funkcjonariuszy. Świadczą o tym m.in. nadanie w 1984 r. nowego numeru ewidencyjnego tym materiałom podczas ponownego ich rejestrowania ich w Oddziale „K” oraz coroczne kontrolowanie tego zeszytu jako dokumentu niejawnego przez komisje kontrolne, poświadczone pieczęciami, podpisem i rokiem kontroli.

Na dodatek pomimo, iż na obwolucie zeszytu odnotowano zakończenie prowadzenia sprawy 3 grudnia 1979 r., to w stosownych rubrykach nie dokonano zapisów o powodach zaniechania prowadzenia sprawy ani informacji o zgodzie na współpracę. Ponadto w tychże aktach znajduje się informacja, iż Hubert Iwanowski pozostawał w wyłącznej dyspozycji operacyjnej Zarządu II SG WP. Zaś z akt osobowych kmdr Ryszarda Tomaszewicza, który posiadał akta Iwanowskiego, wynika że komandor wykonywał zdania w ramach zespołu „N”, co sugeruje, iż Iwanowski był pracownikiem wywiadu wojskowego – tzw. „nielegałem”.

Kolejną poszlaką wskazującą, że przyjaźń Huberta z Emilem nie była przypadkowa jest fakt, iż znajomość ta została nawiązana w marcu 1982 r. czyli zaraz po procesie Barchańskiego i oskarżeniu przez niego funkcjonariuszy o pobicie oraz rozmowie przeprowadzonej przez Makowskiego z prof. Sokolewiczem. Wygląda to tak, jakby Emil był objęty permanentną inwigilacją lub stał się elementem jakiegoś większego planu. Należy pamiętać, iż SB ściśle współpracowała z wojskowymi organami bezpieczeństwa, szczególnie gdy chodziło o przestępstwa godzące w bezpieczeństwo ustroju państwa. Być może zadaniem Huberta było umocnienie Emila w jego postanowieniu zdemaskowania brutalności systemu, po to by oczyścić Tomasza Sokolewicza i w ten sposób nie dopuścić do skazania syna agenta SB? Wszak był dla niego autorytetem i spędzał z nim wiele czasu, nie możliwe było więc, by tego tematu w swoich rozmowach nie poruszali.

Dlaczego jednak zginął? Czy chodziło o to, by proces Tomka w ogóle się nie odbył? Wyeliminowanie bowiem kluczowego świadka jakim był Emil spowodowało, że sprawa młodego Sokolewicza została wyłączona do odrębnego postępowania, przesłana z sądu wojskowego do cywilnego następnie zwrócona do prokuratury i umorzona. Mówiąc więc kolokwialnie – ukręcono jej łeb. Prof. Sokolewicz mógł rozwijać karierę i sumiennie służyć swoim mocodawcom. Wkrótce został Członkiem Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów, a w wolnej już Polsce – Sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Jeżeli jednak taki był powód śmierci Emila, to dlaczego nastąpiła ona w taki sposób? Przecież bez większych problemów służby mogły sfingować choćby wypadek drogowy czy napad rabunkowy…

Ciało Emila wyłowiono z Wisły w sobotę 5 czerwca. Przewieziono je do Zakładu Medycyny Sądowej na ul. Oczki, gdzie czekało na sekcję. Ze względu na to, iż w weekend sekcji nie przeprowadzano, odbyła się ona w poniedziałek 7 czerwca. Ciało jednak nie było przechowywane w chłodni, a czerwiec tego roku był wyjątkowo upalny. Woda i upał zrobiły swoje. Gdy w poniedziałek dopuszczono do Emila matkę by zidentyfikowała ciało syna, przeraziła się. „Ciało Emila było spuchnięte, nabrzmiałe, dwa razy grubsze – wspominała – był o wiele wyższy niż wtedy, gdy żył. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to rana na szyi i kłębiące się białe robaki w tej ranie. Byłam wstrząśnięta. Na moich oczach robaki jadły ciało mojego syna”.

Złe przechowywanie ciała całkowicie uniemożliwiło ustalenie przyczyn śmierci. Milicja mogła więc przyjąć, iż utonięcie nastąpiło w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Czy uniemożliwienie przeprowadzenia rzetelnej sekcji było celowe? Nikt tego jednoznacznie stwierdzić nie może. Faktem jest, iż w sobotę uniemożliwiono matce identyfikację ciała, a zdjęcia Emila wykonane zaraz po wyłowieniu go z rzeki ukazują ciało w znacznie mniejszym stadium rozkładu, mimo dwóch dni spędzonych w wodzie.

6 czerwca Emil miał skończyć 17 lat…

Marcin Łaszczyński

OBEN IPN w Warszawie