Niemiecka łapanka

Wspomnienia siedemnastoletniego Konrada Bednarka

z godzin poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego w dniu 1.08.1944 r.

 

Noc z 31.07. na 1.08.1944 r. spędziłem w zgrupowaniu konspiracyjnym członków Bojowych Szkół, w ramach „Ostrego Pogotowia” przy ul. Stalowej u „Benedykta”.

Dom, w którym mieszkał był drewniany, jednopiętrowy, stał jako trzeci od ulicy Konopackiej. Okna wychodziły na ulicę Stalową. Mieszkanie stanowiła jedna izba, o powierzchni około 20m2, bez żadnych udogodnień sanitarnych. Nas – gości, tego dnia, było około 18 osób {trzy sekcje BS 110, 120 i 130} plus matka „Benedykta” – gospodyni mieszkania. Oczekiwaliśmy na rozkaz dalszego działania i obserwowaliśmy ulicę Stalową po godzinie policyjnej. Kiedy się ściemniło pojawił się na niej niemiecki czołg patrolujący pobliskie okolice, robiąc wiele hałasu, co uniemożliwiało nam spanie. Siedzieliśmy cicho, gdzie kto mógł, bo część z nas leżała na gołych deskach podłogi, czekając poranka. Wreszcie, około godziny 10-ej pierwszego sierpnia, dotarła do nas wiadomość, że „Ostre Pogotowie” zostaje odwołane i że możemy rozejść się do domów. Wychodząc pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy gospodarzom za gościnę. Tego dnia na ulicach widać było normalne życie jak każdego innego dnia w okupowanej Warszawie. Wyruszyłem w kierunku Grochowa, do domu. Nie miałem kluczy od mieszkania. Wiedziałem, ze nikogo tam nie zastanę. Liczyliśmy się z możliwością wybuchu powstania, więc nasza mama oraz młodsza siostra Halina przeniosły się w niedzielę 30.07. do znajomej na ulice Polną. Wówczas uważaliśmy Śródmieście za bezpieczniejsze miejsce niż Grochów – ewentualna strefa walk frontowych ze zbliżającymi się do Warszawy wojskami sowieckimi. Moje starsze rodzeństwo – brat Kazimierz i siostra Krystyna byli na swoich wyznaczonych punktach „Ostrego Pogotowia” i nie miałem pewności czy zastanę ich w domu. Postanowiłem po drodze wstąpić na ulicę Nowińską do państwa Kuczewskich, aby dowiedzieć się czy oni już powrócili z akcji. Wcześniej wiedziałem, że moje rodzeństwo będące w konspiracji utrzymuje ścisłe związki organizacyjne z „Synkiem” czyli panem Frankiem Kuczewskim. Z ulicy Stalowej tramwajem dojechałem do ulicy Zielenieckiej a dalej szedłem pieszo do Lubelskiej. Tam zauważyłem grupy ludzi idące od strony dworca Wschodniego. Nieśli oni jakieś paczki i worki wypełnione prawdopodobnie mąkąalbo zbożem. Na chodniku widziałem potłuczone kurzejajka. Jak się dowiedziałem od tych ludzi na zapleczu dworca został rozbity przez Polaków niemiecki magazyn żywnościowy. W tym momencie mnie to zupełnie nie interesowało. Zmęczony i śpiący szybko skręciłem na ulicę Nowińską, na której stało kilka drewnianych domków i jedna piętrowa kamienica ustawiona poprzecznie. W niej właśnie, na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie państwa Kuczewskich. Tutaj przychodziłem kilka razy wcześniej przekazując od brata różne „listy” dla „Synka”. Budynek pod względem architektury był o tyle ciekawy, że po wejściu na klatkę schodową przechodziło się korytarzami do mieszkań lokatorów znajdujących się po jednej stronie z oknami wychodzącymi na podwórze. Kiedy wszedłem do państwa Kuczewskich ucieszyłem się niezmiernie, bo spotkałem swojego brata. Przez chwile rozmawialiśmy o tym, gdzie przebywałem podczas „Ostrego Pogotowia” i co widziałem po drodze na ulicy Lubelskiej, gdy nagle rozległy się jakieś niemieckie okrzyki na podwórzu tego domu. Ktoś z domowników wyjrzał przez okno i zauważył niemieckich żołnierzy z karabinami. Jedni biegli do stojącego w podwórzu parterowego drewnianego domu a drudzy do klatki schodowej kamienicy. Wówczas pani Kuczewska nie tracąc ani chwili zadecydowała, aby nasza trójka mężczyzn skryła się na strychu! Zaczęliśmy działać błyskawicznie. Wystawiliśmy na korytarz stół a na nim umieściliśmy stołek. Teraz mogliśmy wspiąć się do włazu prowadzącego na strych. Pierwsza osoba otworzyła przykrywę i teraz szybko wciągaliśmy się kolejno na górę zakrywając za sobą wejście. Pani Kuczewska razem z córkami Ewą i Basią wszystko uprzątnęły na miejsce. Wykonanie tego zadania było możliwe dzięki wspaniałej inicjatywie pani Kuczewskiej, sprawnej organizacji i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności wynikającego z chwilowego późniejszego wkroczenia Niemców do mieszkania. Najpierw przeszukali parter zabierając wszystkich mężczyzn a następnie weszli na górę. Nie zainteresowali się strychem, bo do wejścia brakowało drabiny. To nas uratowało. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, ze gdyby się nie udało, nie przeżylibyśmy. Z dachu nie było żadnej drogi ucieczki, zaś skok z wysokości drugiego piętra groził kalectwem lub śmiercią.

Po przeszukaniu mieszkań i wyprowadzeniu kilku mężczyzn Niemcy opuścili ten teren. My przez pewien czas siedzieliśmy jeszcze cicho a później korzystając z podstawionych z dołu mebli zeszliśmy na dół. Nikt z sąsiadów nie wiedziało całym wydarzeniu. Ja podczas wdrapywania się na strych zgubiłem swój krzyż harcerski, który nosiłem zawsze ze sobą przypięty do paska od spodni. Zauważyłem to później, w mieszkaniu państwa Kuczewskich. W obawie, że w okolicy mogą kręcić się jeszcze Niemcy, odczekałem godzinę i dopiero pożegnałem domowników i brata. Łapanka była prawdopodobnie odwetem za kradzież żywności, jak miła miejsce wcześniej, z kolejowych magazynów. Część osób rozstrzelano na pobliskim polu. Po wyjściu z domu państwa Kuczewskich szedłem ulicą Nowińską do ulicy Lubelskiej. W okolicy nie było widać żadnych ludzi, natomiast na środku jezdni stał na trójnogu karabin maszynowy skierowany w stronę Grochowskiej. Przy nim stało kilku umundurowanych Niemców. Ja widząc to specjalnie się nie wystraszyłem i w miarę swobodnie przeszedłem obok, kierując się w stronę ulicy Wiatracznej. Grochowską szło dużo ludzi w obydwu kierunkach, ponieważ nie jeździły już tramwaje. Ja zamierzałem wrócić do domu i zabrać dla siebie jakieś zapasowe ubranie. Gdy doszedłem do ulicy Terespolskiej, spotkałem swojego hufcowego – Stanisława Letkowskiego ps. „Wilk”, który szedł w kierunku Pragi. Ucieszył się i powiedział, że będę mu potrzebny; razem pójdziemy na ulicę Odrowąża. Kiedy usłyszałem w jakiej sprawie usłyszałem: „to coś bardzo ważnego, musimy się spieszyć, żeby zdążyć przed 16-tą. Tam w określonym miejscu, które ja znam wszystkiego się dowiemy”.

To miał być godzina „W”, a my szliśmy dalej cały czas pieszo. Celem naszej wędrówki okazał się budynek dawnej szkoły im. Lisa Kuli na ulicy Odrowąża. Obok nas pośpiesznie maszerowało dużo młodych dziewcząt i chłopców. Niektórzy nieśli jakieś zawiniątko i torby.

Na miejscu okazało się, że kilkanaście minut wcześniej budynek został zdobyty przez Powstańców, którzy na zewnątrz wystawili już uzbrojone posterunki. W tym czasie od strony Żoliborza słychać było kanonadę karabinów maszynowych.

To miejsce i ten czas stały się dla mnie początkiem Powstania Warszawskiego.

 

/podpis/

Konrad Bednarek

 

 

/podpis/

Konrad Bednarek