Powstanie w Getcie Warszawskim

Większość była za powstaniem. Przecież ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią jest piękniejsze niż bez broni. Więc podporządkowaliśmy się tej umowie. Było nas wtedy w ŻOB-ie już tylko dwustu dwudziestu. Czy to w ogólne można nazwać powstaniem? Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć, kiedy po nas z kolei przyszli. Chodziło tylko o wybór sposobu umierania.
Marek Edelman w rozmowie z Hanną Krall

Warszawskie getto było największym spośród tych, które Niemcy założyli na okupowanych ziemiach. Miało powierzchnię ponad 300 ha i było otoczone ceglanym murem o długości 18 kilometrów i wysokości 3m. Do 16 listopada 1940 r. na jego terenie znalazło się 350 tys. Żydów. Wszyscy oni zostali stłoczeni w strasznych warunkach. Tysiące wygłodzonych, brudnych o chudych twarzach i nogach spuchniętych od głodu – obdartych z godności ludzkich istnień. Ulice warszawskiego getta pełne były trupów kobiet, mężczyzn, dzieci. 22 lipca 1942 r. Niemcy wraz z łotewskimi i ukraińskimi sojusznikami rozpoczęli akcję wysiedleńczą w warszawskim getcie. Podobnie jak w innych miastach najpierw wywożono osoby starsze i dzieci. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy wywieziono i zamordowano ok. 250 tys. osób. W getcie zostało ok. 60 tys. osób. Wszyscy oni wiedzieli, że likwidacja getta, to tylko kwestia czasu.
Był 19 kwietnia 1943 r. godzina 6.00, wigilia święta Pesach. Śpiących i niczego nieświadomych mieszkańców getta obudził dźwięk podkutych butów i ryk silników pojazdów opancerzonych. Stało się to, czego się obawiali, to do czego byli przygotowani. Niemieckie formacje wojskowe i policyjne wsparte jednostkami kolaboracyjnymi złożonymi z Ukraińców i Łotyszy ruszyły na getto. Wchodzili od dwóch stron: przez bramę getta na ulicy Nalewki i przez bramę na skrzyżowaniu ulicy Zamenhofa i Gęsiej. Tym razem stało się coś, czego Niemcy się nie spodziewali.
W Warszawie wybuchło pierwsze miejskie powstanie w okupowanej Europie. Nie miało ono żadnych celów strategicznych. Powstańcy wiedzieli, że nie mają szans na wygraną. Ich cel był prosty: pokazać światu, że Żydzi walczą. Chodziło o honorową śmierć i ludzką godność. Tu na ulicach getta, nie w piecach krematoryjnych Auschwitz i Majdanka.
Wystrzały z karabinów i butelki z benzyną zaskoczyły wkraczające jednostki. Determinacja, upór i wola walki zmusiły Niemców i ich sojuszników do odwrotu. Młodzi chłopcy i dziewczyny z Żydowskiego Związku Wojskowego i Żydowskiej Organizacji Bojowej pokazali swoim oprawcom, że to oni są panami własnego losu. Byli jak zaciśnięta pięć przeciwko chorej, obłąkanej, nieludzkiej ideologii. Oni – podludzie, bo właśnie za tych miał ich okupant – napluli w twarz rasie panów.
Żydzi, którzy stanęli do walki, należeli do jednej z dwóch organizacji konspiracyjnych. Żydowski Związek Wojskowy został powołany do życia w listopadzie 1939 roku. W jego skład weszli byli oficerowie Wojska Polskiego i działacze związani z syjonizmem rewizjonistycznym oraz organizacjami takimi jak Bejtar, Irgun, Masada i Brit he-Chajalu. Razem z nim, ramię w ramie, odrzuciwszy polityczne spory, stanęli Żydzi z Żydowskiej Organizacji Bojowej. W skład tej formacji weszli lewicowcy, komuniści, działacze Bundu, PPR, Poalej Syjon.
Pierwsza nieudana próba spacyfikowana getta przez płk. von Sammern-Frankenegga rozwścieczyła Himmlera. Zemsta, którą przygotował dla getta, była okrutna i potworna. Do stłamszenia powstania wyznaczył SS-Gruppenführera Jürgena Stroopa. Wybór nie był przypadkowy. Stroop już od 1939 r. brał aktywny udział w mordowaniu Żydów. W 1942 r. jako „specjalista” w zwalczaniu partyzantów został wysłany na Ukrainę i Kaukaz. Podczas swojego pobytu na Ukrainie „wyspecjalizował” się w mordowaniu i prześladowaniu Żydów.
Pierwszego dnia dowodzenia Stroop zmienił całkowicie taktykę walki z powstańcami. Budynki były niszczone przez artylerię. Powstańcze pozycje ostrzeliwały działka przeciwlotnicze. Oddziały wyposażone w miotacze ognia podpalały kamienice z żywymi ludźmi w środku. Esesmani i askarysi, bo tak nazwano żołnierzy z kolaboracyjnych jednostek łotewskich i ukraińskich – wrzucali do piwnic granaty i świece dymne, wlewali benzynę. Taktyka spalonej ziemi przyniosła „oczekiwane” rezultaty. Powstańcy stracili kontakt z poszczególnymi grupami. Jürgen Stroop rozkazał zrównać getto z ziemią. Kolejne bunkry i domy były niszczone. Ludność cywilna, która ukrywała się w domach, ginęła straszliwą śmiercią. Zaczadzeni, spaleni żywcem, przygnieceni gruzami, uduszeni. Los tych, którym udało się wydostać ze śmiercionośnej pułapki, należał do Niemców i ich sojuszników. Rasa panów nie znała jednak litości. Złapanych Żydów mordowano na miejscu lub wysyłano do obozów zagłady. Żołnierze upojeni alkoholem gwałcili bezbronne Żydówki. Nad warszawskim gettem uniosły się chmury gęstego czarnego dymu. Łuny palących kamienic rozświetliły Warszawę. Zapach palonych zwłok, krzyki mordowanych i wystrzały z karabinów stały się symbolem konającego getta.
Polacy próbowali ratować Żydów. Wyprowadzali kanałami ocalałych z rzezi. Atakowali Niemców, próbowali dostarczać broń, ale tej bitwy nikt nie mógł wygrać. Rząd w Londynie błagał aliantów o pomoc – bezskutecznie. W proteście przeciwko biernej postawie świata wobec tragedii narodu żydowskiego 12 maja 1943 r. członek Rady Narodowej RP w Londynie Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo. Niemiecka przewaga zmiażdżyła powstańców. Machina wojenna III Rzeszy niszczyła kolejne punkty oporu. 8 maja 1943 r. Niemcy otoczyli bunkier, w którym znajdował się sztab ŻOB, przy ulicy Miłej 18. Mordechaj Anielewicz i ponad 100 osób udusiło się dymem lub popełniło samobójstwo, nie chcąc wpaść w ręce Niemców.
Grossaktion Warschau dobiegała końca. W chorym umyśle przedstawiciela rasy panów zrodził się plan zakomunikowania światu ostatecznego zwycięstwa nad „żydostwem”. Potrzeba było jednak „symbolu”.
Piękną klamrą oficjalnego zamknięcia Wielkiej Akcji było wysadzenie w powietrze Wielkiej Synagogi. Przygotowania trwały 10 dni. Synagoga była gmachem solidnie zbudowanym. Stąd, aby ją za jednym zamachem wysadzić w powietrze, należało przeprowadzić pracochłonne roboty saperskie i elektryczne. Ależ to był piękny widok! Z punktu widzenia malarskiego i teatralnego obraz fantastyczny. Oficer saperów wręczył mi aparat elektryczny, wywołujący detonację ładunków wybuchowych. Przedłużałem chwilę oczekiwania. Wreszcie krzyknąłem: Heil Hitler! – i nacisnąłem guzik. Ognisty wybuch uniósł się do chmur. Przeraźliwy huk. Bajeczna feeria kolorów. Niezapomniana alegoria triumfu nad żydostwem. Getto warszawskie skończyło swój żywot. Bo tak chciał Adolf Hitler i Heinrich Himmler.
Taki opis wysadzenia Wielkiej Synagogi w Warszawie przedstawił kat warszawskiego getta Jürgen Stroop w rozmowie z Kazimierzem Moczarskim. Pożar, który wybuchł po wysadzeniu synagogi, wdarł się do gmachu dawnej Głównej Biblioteki Judaistycznej i trawił cenne księgozbiory. Getto w Warszawie przestało istnieć. W swoim raporcie do Heinricha Himmlera Jürgen Stroop napisał; „żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje”. Powstanie nie zakończyło się aktem podpisania kapitulacji.
Getto w Warszawie zostało zrównane z ziemią. Według raportu Stroopa podczas pacyfikacji getta podlegające mu jednostki zlikwidowały 56 065 Żydów. Do tej liczby należy dodać zamordowanych w piwnicach, spalonych żywcem, zaczadzonych. Ich liczby nie da się dokładnie ustalić. W kolejnych miesiącach Niemcy przeczesywali teren getta i niszczyli ocalone domy. Ci, którym udało się przeżyć, do końca okupacji niemieckiej ukrywali się w gruzach. Nazwano ich „robinsonami getta”.
Po wojnie teren getta przypominał morze ruin. Nie można było rozpoznać, gdzie stały poszczególne domy, gdzie były ulice. Nie było śladów po tętniącej życiem, gwarnej dzielnicy żydowskiej. Komunistyczne władze szybko przystąpiły do pozbywania się ruin. Budowano więc nowe osiedle na gruzach i z gruzów. Muranów nie mógł być smutnym osiedlem przypominającym o tragedii tysięcy ludzi. Nowe osiedle musiało być kolorowe, wesołe i tętniące życiem. Miejscem, w którym przeszłość nie miała znaczenia. Lecz duchy zamordowanych w getcie nocami przenikają ulice i piwnice warszawskiego Muranowa. Pozostałości po dawnych mieszkańcach Warszawy ciągle czekają na odkrycie. Są zachowane w zasypanych piwnicach i tunelach kanalizacji.
Nie marzyliśmy o polskich czy angielskich komandosach, którzy przychodzą nam z pomocą. Śniła nam się broń. Wiem, wiem, że to by nic nie zmieniło. Ale – jak mówi piosenka „nie chodzi o to, aby dojść do celu, ale o to, żeby iść po słonecznej stronie”. Wygrać nie mogliśmy, ale chcieliśmy iść po słonecznej stronie. Są takie piękne słowa: godność, człowieczeństwo. Tego broniliśmy.
Tak o podjętej 19 kwietnia 1943 r. walce w warszawskim getcie mówił Marek Edelman. Gdy oddziały SS wkroczyły do getta, odpowiedzią był bohaterski zryw żydowskich bojowników o godność i człowieczeństwo. Symbolem żydowskiego powstania stały się dwie flagi: polska i żydowska, wywieszone na Placu Mirowskim. Flagi, które doprowadził do dzikiej furii dygnitarzy Trzeciej Rzeszy. „Słuchaj Stroop. Musisz za każdą cenę zdjąć obie te flagi” krzyczał do słuchawki telefonicznej rozwścieczony Reichsführer Heinrich Himmler. Flagi te stały się symbolem powstania w getcie. Widzialnym świadectwem wspólnej walki Polaków i Żydów. Sztandary zwycięstwa i jedności wywiesili powstańcy z Żydowskiego Związku Wojskowego. To właśnie na chłopców i dziewczyny z ŻZW spadł ciężar najcięższych walk. Niemal wszyscy członkowie ŻZW polegli w walce. Dlatego też o tej organizacji po wojnie nie pisano zbyt wiele.
Powodem wymazania ich z historii była również „lewicowa retoryka”, w której nie było miejsca na bohaterską walkę ŻZW. Wedle tej narracji tylko ŻOB mógł mieć zasługi, w historii nie było miejsca dla „prawicowych Żydów”. Do utrwalenia kłamstwa na temat ŻZW przysłużył się również Marek Edelman, który o bojownikach ŻZW wypowiadał się z pogardą i umniejszał ich role w powstaniu. W rozmowie z Anką Grupińską o ŻZW powiedział „ŻZW? Co cię to obchodzi? Z faszystami chcesz mieć do czynienia? (…) Oni byli obrzydliwi”.
Dzisiaj o dawnej dzielnicy żydowskiej w warszawie przypominają liczne pomniki i tabliczki. Zachowały się również niektóre budowle pamiętające czasy okupacji – niemi świadkowie tragedii narodu żydowskiego i polskiego, które łączą nas z życiem tamtych. Ostatni pamiętający…
W kolejną rocznicę bohaterskiego zrywu Warszawskich Żydów pamiętajmy o chłopcach i dziewczynach z ŻZW i ŻOB, którzy ginęli bez żadnej nadziei. Synowie i córy Dawida, którzy rzucili wyzwanie Goliatowi. Idąc po Muranowie, pochylmy się nad tymi, którzy odeszli w chwale, w nierównej walce o wolność i niezbywalne prawo, jakim jest godność człowieka.
Cześć ich pamięci!
Oliver Pochwat